Subskrybuj
Zapraszamy do skorzystania z naszego newslletera.
captcha 
Będziemy powiadamiać Ciebie o nowościach na stronie.

400 giżycczan we wspomnieniach...

Begonie znad Wilii - Jadwiga Borkowska - Żurek

 

 

BEGONIE  ZNAD  WILII

Wspomnienie Pani Jadwigi Borkowskiej-Żurek

 

W moim mieszkaniu w Giżycku od 56 lat kwitną na ciemnoróżowo begonie - pielęgnowane przeze mnie pieczołowicie kwiaty, które rosły w naszej wileńskiej kuchni. Miałam 12 lat, gdy z rodzicami, siostrą, bratem i ciocią przyjechałam nad Niegocin. Z Wileńszczyzny trzeba było uciekać przed Stalinem i Syberią. Pamiętam jak opuszczaliśmy dom rodzinny. Matka zatrzymuje się jeszcze w drzwiach i mówi: - Firanek nie zdjęłam, ale niech wiszą. Nagle ciotka Zofia wpada w panikę: - A ziemia? Nie wzięliśmy naszej ziemi.  Ojciec wziął z okna doniczkę z rosnącą w niej begonią i dał mnie: - Masz pilnuj, to nasza ziemia.

Był sierpień 1946 roku. Nasz ruszający z Ponar pociąg był ostatnim transportem przesiedleńczym, który odchodził z Wileńszczyzny. Czekaliśmy na podstawienie pociągu parę dni w ciągłej gotowości, ponieważ nikt nie potrafił powiedzieć, kiedy to będzie. Ludzie umęczeni, małe dzieci płakały. W Ponarach nie było sklepów, sanitariatów... Palono ogniska, coś gotowano. Niektórzy mieli krowy, to był cały ratunek. My też mieliśmy krowę i ... Katiuszę. Matka denerwowała się. Mówiła do ojca: - Po co tobie ta kobyła? To tylko kłopot. Ale tata się uparł i miał rację. Za Katiuszę, uratowaną wcześniej przez ojca od śmierci, dostaliśmy w Giżycku dobre pieniądze.

Do moich obowiązków w podróży należała opieka nad roczną siostrą Basią, no i pilnowanie doniczki z begonią, rosnącą w naszej ziemi. W końcu podstawili pociąg. Otrzymaliśmy do dyspozycji jeden towarowy wagon na dwie rodziny z całym dobytkiem. Późnym wieczorem pociąg ruszył. Jechaliśmy parę dni. Pociąg kilka razy stawał w szczerym polu. Maszynista mówił, że dalej nie jedzie. Zbierano po wagonach pieniądze i złoto dla maszynisty, żeby jechał dalej. Na dworcach dostawaliśmy bezpłatnie "kipitok", czyli wrzątek. Ludzie brali go całymi wiadrami. Woda po ostygnięciu gasiła pragnienie  ludzi oraz wiezionych zwierząt. W końcu, gdzieś pod Królewcem, nastąpił przeładunek całego transportu do polskich wagonów. W Korszach, pierwszej stacji po polskiej stronie granicy, na peronie zebrało się bardzo dużo ludzi. Pytają o swoje utracone strony rodzinne, płaczą, płaczemy też my? Ktoś woła: - Niech żyje Wilno ! Kilka rodzin wysiada z transportu w Korszach. My jedziemy dalej. Kętrzyn. Może wysiadać?  Jest noc. - Gdzie będziemy tłuc się po nocy -  decyduje mama. Jedziemy dalej. 26 sierpnia nad ranem widzimy wielką wodę, ogromne jezioro. Pociąg mija stację Łuczany i staje dalej przy rampie, (dzisiejszej ulicy Jeziornej). Tu były Łuczany, dalej Ełk. Wszystko jedno; i to obce i tamto obce, ale dość podróży, wysiadamy.

            Brud po podróży zmyliśmy z siebie w wodach Niegocina. To cud, że nikt się nie pochorował w czasie drogi, bo przecież jechaliśmy w strasznych warunkach. Nasze dobytek został przewieziony ciężarówką do koszar. Każda rodzina dostała obszerną salę. Rozpaliliśmy w piecu. Mama przygotowała pierwszy posiłek. Dano nam pieniądze i powiedziano: - Radźcie sobie jak chcecie. Zaczęliśmy szukać wolnego mieszkania. Ojciec poszedł ze mną i bratem. Mama została z ciocią i małą Basią. Znaleźliśmy obszerne mieszkanie na pierwszym piętrze  w wysokiej kamienicy przy ul. Bohaterów Westerplatte (naprzeciwko ośrodka zdrowia). Procedura zajmowania mieszkań była prosta. Wolne mieszkanie, o ile się spodobało, oznaczało się kartką "zajęte". I to wszystko, trzeba było tylko pilnować, by ktoś nie zerwał kartki. Pilnowałam ja i brat.

Chodziliśmy po tym naszym nowym mieście. "Przeciwnie" jakoś. Smutno, obco... Dużo domów pozamykanych, sporo niemieckich napisów. Na murach rosyjskie informacje: "Min niet". Dużo ludzi mówiących po niemiecku. Baliśmy się ich. Teraz wiem, że oni też się nas bali.

Rozpoczął się rok szkolny. Nie wszyscy mieli świadectwa szkolne, więc były egzaminy. Na egzaminie z geografii, pani mnie pyta, czy wiem, jakie są największe jeziora w Polsce. Mówię, że przed wojną Narocz na Wileńszczyźnie, a teraz to nie wiem. - Skąd przyjechałaś? - Z Wilna, kilka dni temu. -Bardzo dobrze umiesz geografię, pójdziesz do szóstej klasy. Dobra, kochana pani Klimowiczowa.

W 1947 roku ogłoszono konkurs na wypracowanie o Warszawie. Napisałam, że nigdy nie byłam w Warszawie i nie wiem jaka była. Wiem, że zburzono ją i teraz leży w gruzach. Pisałam coś o kolumnie Zygmunta, której nie ma i żurawiach, które nie mają gdzie się zatrzymywać. Okazało się, że otrzymałam pierwsze miejsce w województwie olsztyńskim. Przewidziane nagrody, to wieczne pióro lub teczka. Nikt w szkole nie miał wiecznego pióra, nauczyciele też, a książki związywało się lub nosiło w drewnianej skrzyneczce. Czułam się niezwykle szczęśliwa oraz dumna i czekałam, kiedy dostanę to pióro. Na uroczystym apelu przedstawiciel kuratorium długo mówił o zaszczycie, jaki spotyka mnie i szkołę, i że pierwsza nagroda powinna być szczególnie cenna, postanowiono więc nagrodzić mnie... biblioteczką marksistowsko-leninowską. Rozpłakałam się z rozpaczy. Przyszła mi do głowy genialna myśl, powiedziałam że bardzo się cieszę i płaczę ze wzruszenia, ale nie mogę zatrzymać tak cennych książek dla siebie, przekazuję je więc do biblioteki szkolnej, niech wszyscy czytają tak ważne dzieła. Kierownik szkoły powiedział, że docenia mój gest, cieszy się i dziękuje. Wszyscy wiedzieli, że to fałsz, ale każdy robił dobrą minę do tej gry.

W mojej klasie nikt nie należał do Związku Młodzieży Polskiej. Mieliśmy kolegę, który był bardzo zdolny i miał najlepsze w klasie stopnie, ale jego ojciec był oficerem AK i przebywał w sowieckich łagrach. Takiego wroga państwo ludowe tolerować nie mogło. Na rok przed maturą dowiedzieliśmy się, że Leszek nie będzie dopuszczony do egzaminu. Uzgodniliśmy, że zapiszemy się do ZMP całą klasą, mało tego - ogłosiliśmy, że to Leszek nas do tego namówił i wybraliśmy go na przewodniczącego szkolnego koła organizacji. Maturę zdał Leszek najlepiej z całej szkoły, ale na studia początkowo go nie przyjęto, nawet nie dopuszczono do egzaminów wstępnych. Czekała go służba wojskowa. Dopiero później nasz kolega ukończył architekturę.

Mówiono nam, że wróciliśmy na swoją odzyskaną ziemię. Jakaż ona nasza, jak tu nie ma grobów naszych bliskich? Obca ziemia. Nasze groby zostały na Wileńszczyźnie - opuszczone, trawą porosną? Wiosną ptaszek nad nimi zaśpiewa, jesienią z drzewa listeczki na nie opadną. Nic nie poradzisz, żyć trzeba. W Zaduszki odwiedzaliśmy giżycki cmentarz, aby zapalić światełko na jakimś tutejszym, opuszczonym grobie i zmówić pacierz. Takich grobów nie trzeba było szukać, bo wówczas wszystkie groby na giżyckim cmentarzu były opuszczone. Dawni mieszkańcy tego miasta pouciekali, zostały tylko ich zmarli bliscy. Sylabizowaliśmy obcojęzyczne napisy na ich grobach?

Powoli oswajaliśmy się z nowymi warunkami. Ciotka Zofia bardzo długo narzekała, że tu nawet w kościele jest jakoś "przeciwnie". Skowronek nie tak śpiewa i kaczeńce nie takie, kwiaty nie pachną... Jezioro też jakieś takie nieprzyjemne, zimne, groźne... Falami o brzeg tłucze się, skąd wiatr powieje, tam te fale i lecą, bez żadnego "tołku?. Dawniej bywało "siadszy" nad rzeczką Wilią patrzysz, a ona cicho płynie i myśli twoje zbiera. "Zasumujesz" się, a ona ciebie pociesza. Kwiatek, albo gałązkę rzucisz, a ona wdzięcznie przyjmie i widzisz, jak niesie i wiesz, gdzie niesie - do Niemna, do morza niesie. Do jeziora możesz rzucać kwiaty, a ono ich nie przyjmie, na brzeg wyrzuci. Nie lubi ciebie, nie lubi twoich kwiatów...

Do Giżycka długo nie czułam sentymentu. Tęskniłam za wileńskim domem. Z czasem ziemia z doniczki z begonią wymieszała się z mazurską ziemią. Dziś Giżycko jest inne, niż tamte, obce mi wtedy Łuczany. Chodzę po moim Giżycku, wszystko tu znam, ludzie znajomi, kłaniamy się sobie, uśmiechamy się do siebie. Patrzę na jezioro. Czuję, że stało mi się bliskie.

Myślę, że może jakaś chmurka podniosła się znad Wilii, Niemna, Świtezi czy Naroczy, i spadła deszczem do Niegocina. Jezioro błyszczy w słońcu, na jeziorze białe żagle. Mewy nad wodą, do brzegu podpływają łabędzie. W jeziorze kąpią się młodzi, weseli ludzie. Była wojna, a oni nic nie wiedzą o wojnie. To dobrze.

Nad jeziorem można też spotkać niemieckich turystów. Przeważnie są to starzy ludzie. Patrzą i wspominają. Nie przeszkadzają nam. Rozumiemy ich.

My też wspominamy. Nie potrafimy zapomnieć. Musimy to opowiadać młodym. Niech wiedzą skąd się tu wzięliśmy, gdzie są nasze korzenie. Niech wiedzą, ile trzeba było przecierpieć, żeby ta ziemia stała się naszą ziemią.

 Jako lekarz-okulista przepracowałam tu swoje życie. Poznałam przyjaciół. Doczekałam się wnuków. Giżycko stało się moim miastem rodzinnym.

 

 

 

Jesteś tutaj: